Mewa napisała komentarz, który warto wrzucić do głównej treści bloga. W swoim czasie, gdy jeszcze był to blog dla kobiet oszukanych na portalach randkowych, czytałem takich bardzo wiele. Bo bardzo wiele jest kobiet oszukanych w ten sposób za pośrednictwem serwisów randkowych.
Oszustwa „randkowe” bywają różne. Zawsze bazują na uczuciach, na emocjach i pragnieniach. Straty też bywają różne – finansowe, moralne, fizyczne… Nie uważam jednak, abyście powinni się obwiniać. Nie sądzę, by Wasze szczere uczucia – gdy takie właśnie są – miały stanowić powód to wstydu. To nie Wy powinniście się wstydzić.
To nie Ty, Mewa, powinnaś się wstydzić. A co do tej zadry, o której piszesz… Widzisz, podobna sytuacja mogła Cię spotkać w małżeństwie, jak i w związku partnerskim. Pamięć o niej zapewne pozostanie. Ale czy będziesz się do końca życia obwiniać i żałować straconego czasu oraz odebranych nadziei – to zależy tylko od Ciebie. Naprawdę uważasz, że osoba, która Cię najprawdopodobniej oszukała – zasługuje na to, byś dla niej cierpiała przez kolejne lata? Jeśli nie, przestań się winić, porzuć rozstrząsanie każdej przeżytej wspólnie chwili i interpretowanie jej na nowo. Z czasem żal zamieni się w przykre wspomnienie, które nie będzie wpływać na Twoje życie. Pamięć o przeżytym bólu może nas czegoś nauczyć. Ale wcale nie musi nam odbierać nadziei i marzeń. Tylko Ty sama możesz je sobie odebrać.
Uważasz, że warto…? Ja sądzę, że nie. Życzę Ci zatem siły do odtrącania złych emocji i wiary w ludzi – bo każdy z nas jest inny, inne wartości może więc wnosić do naszego życia. Gdy opadną te emocje, które przemawiają teraz najgłośniej, tylko od Ciebie będzie zależeć, jak pokierujesz sobą w kontekście nabytych doświadczeń. Możesz niepotrzebnie cierpieć dla kogoś, kto nie jest tego wart. Możesz też otrząsnąć się z bólu i zacząć wszystko od nowa. Pamiętając o bolesnych doświadczeniach, ale nie pozwalając się im zdominować, przydusić, stłamsić. Wszystko zależy od Ciebie. Życzę Ci powodzenia.
Komentarz Mewy:
Witajcie, czytam to, co tutaj piszecie - i włos jeży mi się na głowie… Szkoda, że nie przeczytałam tego wcześniej, pewnie byłabym madrzejsza. Choć muszę przyznać, że właściwie powinnam podziękować mojemu podrywaczowi… Mój podstawowy błąd: zaprosiłam go do swojego domu. Trudno się nie domyślić, że zaaragował bardz ochoczo… Byłam wtedy chora i dlatego nie poszłam z nim do jakiejś bezosobowej knajpki.
Zapewniał mnie o swoim poważnym podejściu do życia: „jestem dojrzałym i zrównoważonym mężczyzną”. Pisał do mnie z firmowego maila. Dzwonił tylko wtedy, gdy nie był w domu: z pracy, z samochodu, ze sklepu, z ulicy. Oczywiście rozwiedziony, ale dlatego, że urwała się komunikacja, zabrakło buziaczków… Często rozmawiał o pieniądzach, jak mu strasznie trudno…, ile ma wydatków… Strasznie cieżko musiał pracować. Niestety, w weekendy też… Opowiadał, jak bardzo jest wierzący i prawy.
Stołował się u mnie, kiedy u mnie był. Nikt nigdy do niego nie dzwonił, nie wysłał nawet SMS-a. Oglądał moje zdęcia, słuchał o moich sprawach i nie zadał żadnego pogłębiajacego pytania. Teraz już wiem, że niewiele go to interesowało… Twierdził, że mieszka u rodziców… Nie pamiętał o imieninach, Mikołajkach… Ale mył naczynia, pomagał mi nawet sprzątać (nic go to nie kosztowało). Po trzech tygodniach powiedział mi, że mnie kocha. Rozpisywał się o życiu – ale w SMS-ach. Przytulał mnie i zapewniał, że przy nim mogę być bezpieczna… Stosował wprost techniki ze szkoleń sprzedażowych, negocjacyjnych, aż raziło…
Ilość SMS-ów, meili i codziennych telefonów (zawsze z pracy) była zatrważająca. Sprawił, że nie zdążyłam się nawet zdystansować, dosłownie zasypywana byłam całuskami, buziaczkami, tęsknotkami itp. Na szczęście trwało to półtora miesiaca, a więc niedługo. Twierdził, ze jest jeszcze młody (około 40 lat), że całe życie przed nim.
Szybko się zorientowałam, ale nie chciałam wierzyć. Było mi z nim nadzwyczajnie dobrze… Usprawiedliwiałam go… Czasami zadawałam pytania lub komentowałam okoliczności. I dowiadywałam się, że jestem czujna jak sejsmograf…
Gdy dzwoniłam, nigdy nie odbierał, zawsze oddzwaniał. Okazało się, że nie nosił przy sobie portfela, jakoś tak akurat nie ma… Nie prosiłam go o pesele, zaświadczenia, ponieważ wydawało mi się to poniżej mojej godności… Jakbym testowała towar…
W końcu zaczęłam stawiać wymagania… i okazało się, że jestem zbyt wymagająca, że zbyt dużo oczekuję (choć to on mówił o rodzinie i dzieciach na dzień dobry)… I strasznie (oczywiście SMS-owo) oburzał się, gdy chciałam zwolnić tempo. Potem dowiedziałam się, że to ja narzuciłam zbyt szybkie tempo… Potem dostałam SMS-a, że stracił nad tym kontrolę i nie odebrał już telefonu…
Nie wiem, żal mi go, czegoś szuka… Żal mi, bo było mi z nim dobrze. Żal mi, ponieważ wywrócił mój światopogląd do góry nogami. Po prostu pokazał, że można być wyrachowanym manipulantem… Zadaję sobie pytanie: czy udawał czułość...? Nie wiem. Wiem, że ma prawdopodobnie inne konta na Sympatii, gdzie podaje się za żonatego mężczyznę, który szuka seksu. I to jest chyba szczere… Przykro mi, że ma dziecko i ciekawe, jak je wychowa, co mu opowie o życiu… Że dobrze jest wykorzystywać uczciwe dziewczyny, mamiąc je banałami…?
Nie wiem, szkoda, wielka szkoda…. To co zrobił jest nieładne, wolałabym tego nie przeżywać… Nie ma mnie już na Sympatii i pewnie tam nie wrócę. Może dlatego, że to jednak ucieczka od rzeczywistości w marzenia, przynajmniej na jakiś czas…
Nikogo nie chcę oceniać, nikt nie wyłudził ode mnie pieniążków, nie zostałam w ciąży. A jednak czuję się złamana psychicznie… Przeżywam to oszustwo i to, że można tak perfekcyjnie okłamywać… Te kilka rzeczy, które napisałam, może kogoś ostrzegą… Warto na to zwracać uwagę, jeśli ktoś nadal chce poznać kogoś przez Sympatię na dłużej… Jeżeli to ma być tylko namiętny romans, to warto o tym powiedzieć na początku - niektórzy lubią fajerwerki i mają do tego prawo… A druga strona ma prawo wybrać, czy to jej odpowiada…
Ale prawda jest taka, że nie da się budować związku, nawet romansu, na kłamstwie. Jedna ze stron zawsze będzie poszkodowana… A nawet zraniona tak, że zadra może pozostać do końca życia…